wtorek, 17 kwietnia 2012

Krzyk w niebiosa - Anne Rice

  Nie chciałabym wyjść na ignorantkę ani niesprawiedliwie oceniać, ale Anne Rice do tej pory kojarzyła mi się wyłącznie z powieściami o wampirach i z cyklem erotycznym o śpiącej królewnie, a zważywszy na to, że tematyka ta nie należy do mojej ulubionej, przeczytałam jedynie kilka jej książek, bardziej z chęci zapoznania się z dosyć popularną autorką niż z potrzeby serca (i umysłu). Niemniej jednak, kiedy trafiłam na Krzyk w niebiosa i przeczytałam opis na okładce, byłam pewna, że prędzej czy później tę książkę przeczytam. Powody są oczywiste: akcja dzieje się we Włoszech, w Wenecji i Neapolu (Wenecja to jedno z moich ukochanych miast, Neapol jeszcze przede mną, choć aż tak mi nie śpieszno, kiedy pomyślę o przysłowiu "zobaczyć Neapol i umrzeć":) Wszystko dzieje się w XVIII wieku w środowisku wielkich twórców opery, która w owych czasach przeżywała swój wielki rozkwit.

  Na początku poznajemy śpiewaka- kastrata Guido Maffeo, siłą zabranego od matki i wykastrowanego w celu zachowania niezwykle pięknego i niespotykanego głosu. Autorka przedstawia nam pokrótce historię Guida, jego pasje, lęki, pełne udręk i cierpienia dojrzewanie, aż wreszcie okoliczności utraty głosu i podjęcia decyzji o zostaniu nauczycielem śpiewu i podróży po Włoszech w celu wyszukania najcudowniejszych chłopięcych głosów. W ten sposób Guido trafia do Wenecji, a my poznajemy wreszcie głównego bohatera powieści - Tonia Treschi, młodego arystokratę chowanego pod kloszem w towarzystwie nieszczęśliwej, depresyjnej matki niewiele tylko starszej od syna i surowego, posuniętego w latach ojca. Autorka pozwala nam wniknąć w umysł dziecka, które, odizolowane od świata, żyje muzyką i marzeniami o prawdziwym życiu, symbolizowanym przez gwar przechodniów pod oknami pałacu, śpiewy ulicznych muzykantów, zamaskowanych uczestników karnawału weneckiego. Tonio ma piękny głos, a jego najwcześniejsze wspomnienie łączy się ze śpiewakiem- kastratem, który wziął go pewnego razu na ręce podczas mszy w kościele, a co było dla niego niemal metafizycznym przeżyciem. Chłopiec dojrzewa na naszych oczach, powoli wyzwala się spod zaborczego wpływu matki i uzyskuje zgodę ojca na uczestniczenie w uciechach świata pod opieką śpiewaka - przyjaciela domu i księdza- nauczyciela. W ten sposób udaje mu się odkryć sekret skrywany od lat przez rodziców - Tonio ma przyrodniego brata...

  Nie mogę opowiedzieć, co będzie dalej, bo zepsułabym czytelnikom radość z czytania. Powiem tylko tyle, że powieść czyta się jednym tchem. Losy i przemyślenia Tonia stanowią oś tej opowieści, która choć czasem popada nieco w patos i grafomański styl, wciąga niczym dźwięki kunsztownej muzyki, w której każda nuta ma sens i znaczenie. Szokujące opisy stosunków erotycznych pomiędzy kastratami, ocierające się niemal o pornografię, dopełniają obrazu całości. Może zabrzmię banalnie, ale czułam namacalnie klimat XVIII-wiecznych Włoch, czytając tę powieść. To, w jaki sposób autorka wszystko opisuje, a także podniosły, barokowy ton przemyśleń Tonia, tworzy niepowtarzalną otoczkę i natychmiast nasuwa na myśl przepych operowych sal, połysk brokatowych, bogatych kostiumów, biel upudrowanych peruk, pełne goryczy, ale i niepowtarzalnych chwil życie śpiewaków- kastratów. Co do samych śpiewaków - z jednej strony postrzegani jako geniusze, niemal anioły zstępujące z niebios do każdego występu, z drugiej wytykani palcami, obrzucani przezwiskami, traktowani jak pół-ludzie, niezdolni do przedłużenia gatunku. Jest to również opowieść o akceptacji własnego losu, o wybaczeniu, godności człowieka, dumie, namiętności. Po prostu trzeba to przeczytać, bardzo polecam!

czwartek, 15 marca 2012

Ludzka przystań / Il porto degli spiriti - John Ajvide Lindqvist

    Maja stała z nosem i dłońmi przyklejonymi do szklanej ściany. Kiedy usłyszała kroki Andersa, wskazała na coś na lodzie, gdzieś na północnym wschodzie.
- Tato, co to takiego?- spytała.
Anders zmrużył oczy w silnym świetle, patrzył na lód. Nie widział jednak niczego, jedynie biel, i gdzieś daleko na horyzoncie ledwo zarysowane kontury wysp archipelagu Ledinge.

   Anders i Cecilia wiedzieli, że będą razem, odkąd tylko pamiętali. Oboje spędzali wakacje na samotnej wysepce archipelagu Dömarö, otoczonej przez nieodgadniony żywioł, jakim dla mieszkańców od zawsze było morze. Już jako dorośli, razem z małą córeczką Mają przyjeżdżali tu ze Sztokholmu na każde wakacje i ferie, a krzywy, nieudolnie zbudowany przez dziadka Andersa dom, stał się ich azylem, synonimem szczęścia i wzajemnej miłości. Tak było dopóki rodzinnej sielanki nie przerwało tajemnicze zaginięcie ich dziecka. Pewnego razu, podczas wycieczki do latarni morskiej, Maja jakby zapadła się pod ziemię, a raczej pod lód, bo tego roku zima skuła morze grubą pokrywą, nie było więc możliwości, aby dziewczynka utopiła się w przerębli czy zniknęła w jakikolwiek inny sposób. Ślady małych stóp w pewnym miejscu po prostu się urwały...

   Anders, nie mogąc poradzić sobie z rodzinną tragedią, popada w alkoholizm, czego w konsekwencji nie jest w stanie znieść Cecilia, i oczywiście się rozstają, a ich długo pielęgnowana zażyłość rozsypuje się jak domek z kart. Anders postanawia wrócić na Dömarö, żeby znaleźć Maję, dręczą go bowiem przeczucia, że nie zrobił wszystkiego, aby dowiedzieć się, jaki los spotkał jego jedyne dziecko. Wspierają go w tym postanowieniu babcia Anna-Greta i przyszywany dziadek Simon. Już wkrótce okaże się, że mieszkańcy Dömarö skrywają głęboko straszne tajemnice, które mogą wiązać się ze zniknięciem Mai. Wszystko oscyluje wokół morza, z którym wieki temu miejscowi zawiązli okrutny pakt. Morze jawi się jako osobny byt, mściwy, inteligentny i przerażającyl; biada temu, kto zniknie w jego odmętach...

   Na początku nie sądziłam, że to będzie horror, myślałam raczej o thrillerze, zagadce kryminalnej (mimo że orientuję się nieco w twórczości Lindqvista). Jakie jednak było moje zadowolenie, kiedy po przeczytaniu mniej więcej jednej trzeciej powieści, przekonałam się, że nie wszystko w niej będzie takie, jak mi się wydawało na początku. Przede wszystkim atmosfera grozy, jaką buduje autor - wysepka odcięta od świata, wyjący wiatr, dom o krzywych ścianach, huczące morze, już same opisy przyprawiają o ciarki. Jesteśmy świadkami przeżyć Andersa, najpierw zupełnie niewinnych i wytłumaczalnych, potem coraz bardziej przerażających, które doprowadzają go niemal do obłędu. Anders jest bardzo ciekawą postacią, z jednej strony słaby i ułomny, łatwo ulegający nałogom w obliczu dramatu życiowego, z drugiej strony zdeterminowany, aby poznać los córki. Rzeczy, których dokonuje, aby uratować Maję, nie licują zupełnie z tą jego słabą, rozchwianą emocjonalnie stroną. Oprócz Andersa, autor przedstawia nam kilka innych postaci, które warte są uwagi. Weźmy chociażby Simona, ukochanego Anny-Grety. Były sztukmistrz i czarodziej, będący w posiadaniu tajemniczego stworzenia, dzięki któremu posiada władzę nad wodą. Opanowany, odważny, nietracący zimnej krwi, a jednocześnie ulegający władzy i urokowi Anny-Grety już od ponad pięćdziesięciu lat. Sceny miłosne między staruszkami są również ujmujące, takie prawdziwe, nie upiększone, dodają książce smaku.

   Właściwie w książce nie ma typowych chwytów wykorzystywanych do straszenia, groza wyziera raczej z opisów stanów psychicznych Andersa, otoczenia. Wiele dają również retrospekcje, historie ludzi powiązanych z wyspą i oczywiście z morzem. Każda z nich okazuje się kamykiem, dzięki którym Anders będzie mógł wytyczyć ścieżkę do odnalezienia Mai. Choć po drodze ogarnie go mnóstwo wątpliwości i przestanie ufać sobie i swoim własnym zmysłom, nie podda się aż do końca. Czy znajdzie Maję? Czy rozwiąże tajemnicę morza? Koniecznie się przekonajcie, sięgając po tę książkę...

piątek, 2 marca 2012

Labirynt odbić -Siergiej Łukjanienko

  Jestem tylko zwykłym człowiekiem, któremu przypadkiem trafiła się idiotyczna odporność na deep program. Dzięki temu zarabiam na kawałek chleba, czasem z grubą warstwą masła i kawioru. Ale nie mnie ratować świat, nie mnie decydować, co jest dla niego dobre, a co złe. Nie mam nic poza tą śmieszną, staroświecką moralnością, o którą martwi się Vika. A moralność to taka sprytna sztuczka, która nigdy nie daje odpowiedzi - przeciwnie, przeszkadza ją znaleźć.

  Labirynt odbić jest częścią cyklu Głębia wydanego w Polsce po raz pierwszy w 2002 roku i trzecią powieścią Łukjanienki, po którą sięgnęłam. Akcja dzieje się, podobnie jak w przypadku Brudnopisu, w Rosji, a bohaterem jest młody, zapalczywy, dzielny i pełen ideałów młody człowiek. Tym razem poznajemy Lonię, który jako jeden z niewielu posiada dar samodzielnego wychodzenia z wirtualnej rzeczywistości, co czyni go tak zwanym nurkiem. Lonia żyje bowiem w dwóch światach, tym prawdziwym, realnym, i tym wymyślonym, istniejącym tylko w programie komputerowym. Jest to świat, w którym człowiek może stać się, kim tylko zapragnie. Wystarczy przed założeniem kombinezonu i słuchawek służących do połączenia się z Głębią, skorzystać ze specjalnego programu, który pozwala na tworzenie rozmaitych postaci. Można więc stać się elfem, hobbitem, znanym aktorem, wojownikiem ninja, albo też zachować własną postać i tak przemierzać wirtualną krainę, w której niemal wszystko jest dozwolone. Są tu restauracje, domy publiczne, autostrady, identycznie jak w prawdziwym świecie, ale można również wejść do dowolnej gry, w której królują fantastyczne krajobrazy, dziwne stworzenia, nieprawdopodobne umiejętności. Każdy "normalny" człowiek posiada timer, który nastawia na odpowiednią ilość czasu, jaką zamierza spędzić w Głębi. Jednak Lonia i inni nurkowie nie potrzebują timera, wystarczy chęć wyrwania się z programu w dowolnej chwili. Te umiejętności sprawiają, że nurkowie stanowią ukrytą kastę, a ich prawdziwe nazwiska pozostają skrzętnie zakamuflowane.

  Lonia umie świetnie wykorzystać swój dar, pracuje na zlecenia różnych firm, polegające na kradzieży nowych technologii i szpiegostwie wielkich korporacji. Umiejętnie zaciera za sobą wszelkie ślady dzięki kilku serwerom ulokowanym w różnych miejscach świata, ale też dzięki Maniakowi, który jest przyjacielem Loni, a zarazem świetnym hakerem. Pewnego razu nasz bohater staje przed zadaniem, którego nikt do tej pory nie musiał się podejmować. Nagroda również nie byle jaka - Medal Bezkarności - czyli pozwolenie na absolutnie wszystkie działania w Głębi. Oto bowiem w grze komputerowej polegającej na przejściu kilkudziesięciu poziomów Labiryntu pojawia się gracz znikąd. Korporacja będąca właścicielem gry nie jest w stanie wyśledzieć serwera, z którego gracz otrzymał dostęp do gry. Nie jest on również nurkiem, co mogłoby wyjaśnić jego nagłe pojawienie się w wirtualności. Lonia otrzymuje zatem propozycję nie do odrzucenia - trzeba wyciągnąć Nieudacznika (bo tak zdążyli już przezwać tajemniczego gracza korporacyjni nurkowie) z gry i ustalić, skąd właściwie się on w niej wziął. Jak wkrótce przekona się Lonia, nie będzie to wcale proste, mało tego, zostanie postawiony przed dylematem moralnym, a jego decyzja być może zaważy na losach całego świata...

  Muszę przyznać, że mam słabość do Łukjanienki. Lubię jego sposób kreowania postaci, humor, pomysły. I ta książka również mnie nie rozczarowała. Dzieje się tu bardzo dużo, nasz Lonia walczy z potworami w Labiryncie, przenika pomiędzy wirtualnymi krajobrazami, ucieka przed pościgami potężnych ludzi zdolnych do wszystkiego, aby tylko poznać tajemnicę Nieudacznika, a towarzyszy mu piękna kobieta, wirtualna prostytutka Vika, tak jak Lonia posiadająca wiele masek i wiele sekretów. Czy zdołają razem ocalić Nieudacznika? Co wybierze Lonia? Wierność własnym przekonaniom, opierającym się na wolności czy pokusę poznania tego, co niewyobrażalne i teoretycznie niepoznawalne? Czy powrót do realnego świata będzie bolesny, czy wręcz przeciwnie, oczyszczający? Łukjanienko porusza poważne tematy, już sam tytuł wskazuje na sztuczność, nieprawdziwość świata wirtualnego, w którym człowiek szuka tego, czego nie może lub nie chce znaleźć w prawdziwym życiu, a przecież tak naprawdę wirtualność jest tylko odbiciem rzeczywistości, pytanie więc, czy warto stawiać na piedestał podróbkę, a mieć w pogardzie oryginał. O wszystkim tym rozmyśla Lonia, czasem może nieco zbyt patetycznie, ale mimo wszystko czyta się Łukjanienkę bardzo dobrze. Kto lubi takie klimaty, wplecenie w fantastykę ważkich kwestii moralnych, nie powinien się zawieść.

wtorek, 21 lutego 2012

Ołtarz Edenu - James Rollins

Nagle w jego rozmytym przez łzy polu widzenia pojawił się jakiś cień. Tajemne drzwi za plecami mężczyzny uchyliły się nieco szerzej, pchnięte od środka. Z głębi wyłonił się duży ciemny kształt i zaczął sunąć w stronę mężczyzny. Poruszał się nisko przy ziemi, trzymając się cienia, jakby unikał swiatła.

 Powieści Jamesa Rollinsa z pewnością należą do gatunku literatury popularnej. Nie można im jednak odebrać pomysłowości i świetnie naszkicowanej akcji, która niesie czytelnika na fali strachu i adrenaliny prawie od samego początku aż do końca. Pościgi, strzelaniny, sytuacje pozornie bez wyjścia, pułapki - tym wszystkim raczy nas Rollins w niemal każdej swojej książce. Powiem jednak szczerze, że nie przepadam za serią z tajną jednostką Sigma i Graysonem Pierce'm. Natłok takich właśnie energetycznych, wręcz frenetycznych scen sprawia, że czuję się niczym w środku filmu akcji, co nie zawsze mi się podoba. Podobały mi się jednak powieści Rollinsa niezwiązane z Sigmą, jak na przykład Amazonia. Dlatego też sięgnęłam po Ołtarz Edenu, mając nadzieję, że i tym razem przygodowo - sensacyjny Rollins mnie nie zawiedzie.

  Autor pisze we wstępie, że zawsze chciał napisać powieść osadzoną w środowisku weterynarzy, jako że sam ma takie właśnie wykształcenie. Tak więc bohaterką książki jest doktor Lorna Polk, naukowiec specjalizująca się w genetyce zagrożonych gatunków i pracująca w specjalnie do tego przeznaczonym ośrodku naukowym. Pewnego dnia zostaje wezwana do zbadania tajemniczego wypadku - u brzegów Zatoki Meksykańskiej rozbił się trawler zawierający dziwnie zmodyfikowane gatunki zwierząt - papugę bez piór, zrośnięte małpki, i prawdziwie niebezpiecznego tygrysa szablastozębnego, który powinien był wyginąć tysiące lat temu. Lorna przy tej okazji powraca do swojej przeszłości - agentem Straży Granicznej, która wezwała ją na miejsce zdarzenia, jest Jack, brat jej dawnej miłości, Toma. Sytuacja jest tym bardziej niezręczna i napięta, że Tom zginął w wypadku spowodowanym przez Lornę, jednak to, co wszyscy powszechnie sądzą, nie jest tym, co tak naprawdę się wydarzyło, a co do chwili obecnej przygniata Lornę nieznośnym ciężarem. Będzie więc musiała zmierzyć się nie tylko z obecnym zagrożeniem, ale i z upiorami przeszłości. Lorna i Jack wpadają na trop organizacji, która nie cofnie się przed niczym, aby ochronić wyniki swoich nieludzkich eksperymentów. Możecie być pewni, że i tym razem nie zabraknie adrenaliny - od zwrotów akcji, pościgów i wybuchów aż kręci się w głowie.

  Rollins porusza ciekawe tematy naukowe, takie jak fraktale czy kryształki w mózgu każdego z nas, które nie wiadomo, jaką pełnią funkcję i czego są pozostałością. Nie zostawia jednak cienia wątpliwości co do tego, w jaki sposób moralnie należy podchodzić do eksperymentów genetycznych na ludziach i zwierzętach, zresztą przekonacie się sami po lekturze książki. Jak zwykle, wątek miłosny u Rollinsa nie należy do najlepszych i tego w jego powieściach naprawdę nie lubię, sztampowe potraktowanie tematu, łącznie z padaniem na kolana do oświadczyn, niezbyt pasuje do sensacyjnej tematyki. Polecam jednak wszystkim fanom Rollinsa i dobrej akcji w książkach.

  I libri di James Rollins appartengono alla letteratura popolare. Ciò nonostante ci possiamo trovare delle idee qualche volta davvero brillanti e un’azione molto ben delineata che suscita tante emozioni nel lettore. Inseguimenti, sparatorie, situazioni senza via d’uscita, trappole sono presenti in tutti i libri di Rollins. Io sinceramente non vado pazza per la serie con l’unità segreta chiamata Sigma e il protagonista Grayson Pierce. Gli eventi molto frenetici sono accumulati fin dal punto di farmi sentire una certa sovrabbondanza, come se mi trovassi in un film d’azione che non sempre mi è piacevole. Mi sono piaciuti però i romanzi di Rollins non legati a Sigma come per esempio « Amazzonia ». Per questo ho deciso di leggere “L’altare dell’Eden” sperando che le idee di Rollins non mi deluderanno neanche questa volta.

  L’autore scrive nella premessa che ha sempre voluto ambientare un suo libro nell’ambiente dei veterinari perché questa è anche la sua professione. Perciò la protagonista del libro è la dottoressa Lorna Polk, una scienziata specializzata nella genetica dei generi rari degli animali. Lavora in un centro destinato a quel tipo di studio. Un giorno viene chiamata a investigare un misterioso incidente – sulle sponde del Golfo di Messico si è fracassato un trawler sul bordo di cui c’erano degli animali stranamente modificati – un pappagallo senza piume, le scimmiette gemelli siamesi, e un genere estinto migliaia di anni prima – una tigre molto pericolosa per gli esseri umani. Lorna dovrà ritornare al suo passato – l’agente di guardia che l’ha chiamata sul posto dell’accaduto è Jack, fratello del suo fidanzato dei tempi giovanili, Tom. La situazione è tesa perché Tom è morto nell’incidente stradale causato da Lorna ma i fatti noti a tutte le persono non  riflettono esattamente quello che è veramente accaduto quella notte e che Lorna non si può dimenticare. Dovrà quindi combattere non solo contro il pericolo presente ma anche contro le sofferenze del passato. Lorna e Jack scoprono un’organizzazione segreta che sarà in grado di fare il tutto per proteggere i risultati dei propri esperimenti disumani. Siate sicuri che l’azione sarà molto vivace, non ci mancheranno esplosioni e sparatorie.

  Rollins tocca temi scientifici molto interessanti, come frattali e piccoli cristalli presenti nel cervello di ogni essere umano che non si sa quali funzioni svolgano e di che cosa facessero parte prima. Non ci lascia però confusi a proposito di come bisogna giudicare gli sperimenti genetici sugli esseri umani e sugli animali. Come sempre, il tema della relazione amorosa in Rollins non è dei miglior ed è appunto quello che di solito non mi piace nei suoi libri. Ciò nonostante raccomando il libro a tutti i fan dei romanzi d’azione.

Baza recenzji Syndykatu ZwB

piątek, 3 lutego 2012

Guy Gavriel Kay - Tigana

  Oba księżyce stały wysoko, przyćmiewając swoim blaskiem prawie wszystkie gwiazdy. Na brzegach rzeki płonęły ciągnące się daleko obozowe ogniska. Księżycowe światło i pomarańczowe błyski odbijały się w spokojnie płynącej wodzie.
  Siedział na brzegu rzeki, oplótłszy rękoma kolana, rozmyślając o śmierci i o swoim życiu.

  Tigana to moje pierwsze spotkanie z Guy'em Gavrielem Kay'em. Pierwsze, ale myślę, że nie ostatnie. Autor przeniósł mnie w niezwykły świat Półwyspu Dłoni, gdzie noc oświetlana jest dwoma księżycami, wschodzącymi jeden po drugim, a niegdyś zjednoczone prowincje, obecnie rozdarte są pomiędzy dwóch tyranów zza mórz, Brandina z Ygrathu i Alberica z Barbadioru. Bardzo mnię zachęcił opis powieści, sytuujący jej akcję w realiach włoskiego renesansu (nie muszę dodawać, że przyciąga mnie wszystko, co włoskie). I rzeczywiście, coś w tym jest. Po pierwsze, włosko brzmiące nazwy; sam autor w przedmowie poucza czytelnika, że wszystkie nazwy własne powinny być czytane zgodnie z włoską wymową - Certando, Astibar, Tregea, Chiara itp. Poszczególne prowincje przypominają renesansowe księstwa włoskie - Ferrarę, Piacenzę, Sienę. Każde z nich stanowiło odrębną całość, nie były jednym zjednoczonym państwem (jak pewnie większość wie, o Włoszech jako o jednym państwie, możemy mówić dopiero od końca XIX wieku).

  Tak więc wątki te skusiły mnie do sięgnięcia po powieść i nie zawiodłam się. Choć kraina, w której dzieje się akcja, jest wymyślona, to jednak ludzkie emocje, namiętności i problemy są jak najbardziej realne i znajome każdemu czytelnikowi. Główną bohaterką powieści, jeśli można tak powiedzieć, jest Tigana - jedna z prowincji Dłoni, której nazwa, za sprawą czarów, została wymazana z pamięci wszystkich ludzi oprócz jej rodowitych mieszkańców. Najeźdźcy Dłoni bowiem są nie tylko tyranami, władcami i żołnierzami, ale również potężnymi czarnoksiężnikami, zwłaszcza Brandin, którego zemstą za śmierć syna Stevana było właśnie owo bezlitosne zaklęcie rzucone na Tiganę. Chociaż tyrani stosują ogromne represje i tłamszą w zarodku każdy przejaw niezależności mieszkańców, jest grupka ludzi, która nie zamierza się poddać w swojej walce o przywrócenie pamięci o własnej ojczyźnie - syn ostatniego księcia Tigany, szlachetny i niezłomny Alessan, jego oddany przyjaciel Baerd, młody i gorącokrwisty Devin oraz rudowłosa, dumna i uparta Catriana. To oni są osią akcji powieści.

  Równolegle z przygodami i przemyśleniami bohaterów rozwija się historia Dianory, zaginionej siostry Baerda, pochodzącej z Tigany, której jedynym marzeniem jest zabicie Brandina. Idealna okazja nadarza się, kiedy Dianora, mylnie wzięta za mieszkankę Certando, zostaje podarowana Brandinowi do jego haremu, zwanego w powieści saiszanem. Wkrótce serce Dianory zostanie rozdarte pomiędzy prawdziwą miłość do mężczyzny, którego powinna nienawidzić, a lojalność wobec rodziny i ojczyzny. Ten wątek podobał mi się chyba najbardziej. Może nieco za dużo w powieści patosu, wzniosłych uczuć rodem z naszej Trylogii Sienkiewicza, ale mimo to czyta się tę historię z zapartym tchem. Dużą zaletą jest też zakończenie, które, choć dosyć łatwe do przewidzenia, to jednak nie jest w całości takie, jakiego spodziewałby się czytelnik. Zostawia pewne niedomówienie, może lekki niedosyt, ale na pewno nie rozczarowuje.

  Bardzo ciekawie są zarysowane w powieści postaci kobiet. Catriana próbuje odkupić winę ojca, który zamiast walczyć z Brandinem za Tiganę, wolał uciec z rodziną tuż przed decydującymi starciami. Jest piękna, dumna, uparta i bardzo odważna. Dianora, choć złamana bólem po upadku Tigany i rozłące z bratem, daje się ponieść uczuciu do człowieka, który zranił ją najbardziej na świecie. Alienor, dawna towarzyszka Alessana, po stracie męża rzuca się w wir namiętności, próbując zagłuszyć ból, a Alais, córka przyjaciela Alessana i Baerda, kapitana statku, delikatna i subtelna, marzy o czymś więcej niż tylko o byciu żoną i matką, jak każe tradycja. Każda z tych postaci ma wiele do zaoferowania czytelnikowi, każda jest niejednoznaczna i dlatego tak bardzo intrygują ich losy i zachowania. Autor przypomina o takich wartościach, jak honor, lojalność, duma narodowa, i choć czyni to w sposób jak dla mnie nieco zbyt bezpośredni, to jednak czytało mi się tę historię bardzo dobrze, i polecam ją każdemu, kto lubi subtelnie napisaną, dobrze przemyślaną fantastykę.

środa, 25 stycznia 2012

Post refleksyjny

  Często miewam tak, że zachęcona daną powieścią, z chęcią sięgam (co wydaje się w zasadzie dość naturalne) po kolejne pozycje tego samego autora. Zazwyczaj instynkt mnie nie zawodzi i kolejna powieść okazuje się równie dobra, a czasem nawet lepsza, niż poprzednia. Tak było w przypadku Brudnopisu i Czystopisu Siergieja Lukjanienki (cieszę się bardzo, że "odkryłam" tego autora), serii Pan Lodowego Ogrodu (czekam z utęsknieniem na czwartą część), wszystkich książek Douglasa Prestona i Lincolna Childa (kocham ich serię o agencie Pendergaście!). Nie wspominam tu o autorach pokroju Kinga czy o moich ukochanych klasykach "z wyższej półki" (Vargas Llosa, Calvino, Eco, Marquez), bo to się rozumie samo przez się. Jeśli mnie instynkt nie zmyli, z utęsknieniem czekam również na kolejne powieści Antona Cziża (bardzo przypadła mi do gustu Boska trucizna osadzona w początkach XX wieku w Sankt Petersburgu), Helen McCabe (miałam ciarki po przeczytaniu Grajka) czy Scarlett Thomas (byłam bardzo miło zaskoczona jej pierwszą powieścią, uważam, że miała genialny pomysł).

  Niestety nie zawsze jest tak różowo, o czym dobitnie przekonałam się, sięgając chociażby po Grimpowa. Zaintrygowana również książką Miasto i miasto Chiny Mieville'a oraz dodatkowo zachęcona entuzjastycznymi recenzjami, zabrałam się do czytania Krakena, kolejnej jego powieści i niestety nie udało mi się dotrwać do końca; zupełnie nie mój styl, nie mój klimat, nie moja bajka. A zapowiadało się tak pięknie!

  Do czego jednak zmierzam tym postem, oprócz zachęcenia Was do sięgania po powieści, które już "przetestowałam"? Tu szczególnie zwracam się do fanów fantastyki- macie autorów, których serie, cykle, i niezwiązane ze sobą tematycznie powieści, są warte polecenia? Grzędowicza, Neala Stephensona, Tolkiena i klasyków gatunku oczywiście znam, ale może wpadły Wam w oko inne prawdziwe perełki? (tak jak mnie Siergiej Lukjanienko). Jeśli tak, poproszę o sugestie; wszelkie mile widziane:)

środa, 28 grudnia 2011

Grimpow - Rafael Ábalos

 Durlib ujął sztywną, lodowatą rękę trupa i z wysiłkiem rozgiął palec po palcu, aż ukazał się gładki, okrągły kamień, trochę większy od laskowego orzecha. Kolor kamienia był dziwny i nieokreślony, ulegał zmianom pod wpływem ruchu lub światła.


  Od dłuższego czasu planowałam przeczytać tę książkę. Po lekturze powieści Kôt Ábalosa byłam ogromnie ciekawa, jak spodoba mi się Grimpow, tym bardziej, że ma zupełnie inną tematykę, a akcja dzieje się w odległym średniowieczu (co dla mnie jest oczywiście dodatkowym plusem). Niestety rozczarowałam się, nie tylko dlatego, że Grimpow okazał się w zasadzie powieścią dla dzieci, ale również dlatego, że stylem, pomysłem i akcją nie dorównuje późniejszej powieści Ábalosa.

  Bohaterem książki jest tytułowy Grimpow, młody chłopiec, który spod opieki włóczęgi i oszusta Durliba, darzącego go szczerym uczuciem i przyjaźnią, wpada w wir przygód zapoczątkowany odnalezieniem ciała tajemniczego rycerza, a właściwie kamienia ukrytego w jego dłoni. Chcąc tego czy nie, Grimpow staje się powiernikiem kamienia, wybranym, aby odkryć sekret ośmiu templariuszy, założycieli sekretnego stowarzyszenia Ouroboros. Pomagać mu w tym zuchwałym dziele będą rycerz Salietti de Estaglia i piękna Weienell Labox, córka jednego z członków stowarzyszenia. Będą oczywiście i oponenci, niebezpieczni i gotowi na wszystko, aby wyrwać z otchłani czasu tajemnicę pilnie strzeżoną od wieków - sam król Francji i papież, wspierani przez nikczemnego barona Figueltacha de Vokko, który dodatkowo czyha na cnotę odważnej i niezłomnej Weienell. 

  Akcja powieści rozpoczyna się w zasypanych śniegiem górach, wśród niedostępnych leśnych ostępów, dalej przenosi się do opactwa ukrytego wśród skał, w którym Grimpow znajdzie schronienie i mądrość niezbędną do odkrycia sekretu kamienia, a potem podążamy już tropem samego Grimpowa i jego towarzyszy, poprzez Salzburg, Paryż i wreszcie Chartres, kierowani wskazówkami ukrytymi w pergaminie tajemniczego Aidora Bilbicum, jednego z założycieli Ouroborosa. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że zagadki te i wskazówki są tak banalne i naiwne, że aż irytujące. Dlatego właśnie na początku zasugerowałam, że jest to powieść dla dzieci. Czyż nie każde dziecko po krótkim zastanowieniu odkryłoby, że plątaninę liter rozrzuconych w kwadracie wystarczy przeczytać od końca do początku, aby nabrała sensu? Każde rozwiązanie rzuca się w oczy z wyrazistością koloru jaskrawopomarańczowego i trzeba być naprawdę niezłym ignorantem, aby na nie nie wpaść. Jest to ogromny minus powieści, która właśnie polega na tym, aby odkrywając poszczególne tajemnice, dotrzeć do największej z nich, tytułowego sekretu ośmiu mędrców.

  No właśnie, a czym się okazuje ów sekret? Tego oczywiście nie zdradzę, aby nie odbierać tym, którzy jednak się zdecydują na tę powieść, przyjemności z lektury. Powiem tylko, że po wszystkich szumnych zapowiedziach, jakoby sekret był drogą wiodącą do nieśmiertelności i wewnętrznego rozwoju człowieka, spodziewałam się czegoś naprawdę spektakularnego. A dostałam banał, owinięty w złoty papierek, że pozwolę sobie użyć takiej niezbyt wyszukanej metafory. Z tego też względu książkę mogłabym polecić dzieciom, które fascynują się średniowiecznymi zamkami, rycerzami i przygodami. Żądni wyzwań dojrzali czytelnicy niestety nie znajdą w niej nic dla siebie...


okładka pochodzi ze strony Empik

  Avevo intenzione di leggere questo libro da un bel po' di tempo. Dopo aver letto il romanzo "Kôt. Un enigma lungo mille anni", ero molto curiosa, come mi sarebbe piaciuto "Grimpow", tanto più che è un tema completamente diverso e l'azione è  ambientata nel Medioevo (che per me è ovviamente un pregio). Il romanzo mi ha purtroppo deluso, non solo perché si è rivelato un romanzo per bambini, ma anche perché l'idea, lo stile e l'azione non possono essere neanche paragonati al romanzo che Ábalos ha scritto dopo.
 

  Il protagonista del libro è Grimpow, un giovane ragazzo, compagno del vagabondo Durlib verso cui dimostra un sincero affetto e amicizia. La sua avventura inizia quando trova il corpo di un cavaliere misterioso, o meglio la pietra nascosta nella sua mano. Da quel momento Grimpow diventa un ragazzo speciale, scelto per scoprire il segreto degli otto templari, fondatori della società segreta chiamata Ouroboros. Ad assisterlo in questo lavoro saranno un audace cavaliere Salietti de Estaglia e una bella ragazza, Weienell Labox, figlia di uno dei membri dell'associazione. Ci saranno naturalmente anche gli avversari pericolosi e pronti a fare tutto il necessario per strappare ai templari il segreto custodito da secoli - il re di Francia e il papa, assistiti dal malvagio barone Figueltach de Vokko che  è  innamorato di Weinell.
 

  La storia inizia tra le montagne innevate, nei boschi inaccessibili, poi l'azione si sposta all'abbazia nascosta tra le rocce, in cui Grimpow trova rifugio e la saggezza necessaria per scoprire il segreto della pietra, poi seguiamo il sentiero di Grimpow e dei suoi compagni, attraverso Salisburgo, Parigi e Chartres, seguendo le istruzioni nascoste in una misteriosa pergamena scritta da Aidor Bilbicum, uno dei fondatori dell' Ouroboros. E tutto andrebbe bene, se questi enigmi non fossero così banali e ingenui fino al punto di essere fastidiosi. Ecco perché ho suggerito all'inizio che questo è un romanzo per bambini. Ma non tutti i bambini dopo una breve riflessione scoprirebbero che basta leggere quel groviglio di lettere sparse in un quadrato dalla fine all'inizio per dargli un senso? Ogni soluzione salta agli occhi e solo un ignorante potrebbe non trovarla. E il senso di questo romanzo sta proprio nel fatto che i protagonisti dovrebbero scoprire i segreti per arrivare a quello più grande , il segreto degli otto saggi.
 

  E poi che cosa sara quel segreto? Ovviamente non posso dirvelo per non diminuire il piacere della lettura  a chi si decidera a leggere questo romanzo. Vorrei solo dire che dopo tutte le affermazioni secondo le quali il segreto sara la via conducente all'immortalità e allo sviluppo interiore dell'uomo, mi aspettavo qualcosa di veramente spettacolare. Ed ho ottenuto un cliché avvolto in carta dorata, se mi permettete di usare questa metafora un po' banale. Per questo motivo, posso raccomandare il libro solo ai bambini che sono affascinati da castelli medievali, cavalieri e avventure, perchè lettori desiderosi e maturi purtroppo non troveranno nulla in esso...

wtorek, 13 grudnia 2011

Brudnopis - Siergiej Łukjanienko

Kotia wyglądał zabójczo. Miał na sobie brązowe sandały na bosych nogach, zielone szorty i pomarańczową podkoszulkę. Na głowie cytrynowożółtą panamę dla przerośniętego przedszkolaka, a na ramieniu sportową torbę ze skaju, biało-niebieską (...)
- Wyglądasz jak opakowanie flamastrów - mruknąłem.- Chińskich flamastrów. Dokąd się wybierasz?
  
  Muszę z niechęcią przyznać, że należę do czytelników, którzy zwracają uwagę na okładkę książki. Piszę "z niechęcią", ponieważ, jak wiadomo, książki po okładce nie ma co oceniać, ale jednak jako typowy wzrokowiec łapię się na tym, że często zdarza mi się wybierać książki, których okładki przykuwają moją uwagę. "Brudnopis" bez wątpienia do takich należy. Często zdarza się, że powieść, pomimo rewelacyjnej okładki, głęboko rozczarowuje zawartością, jednak w przypadku tej książki nie ma nawet o tym mowy. Dawno nie czytałam tak lekko, sprawnie, z humorem i dystansem napisanej fantastyki.

  Kirył Maksimow jest młodym chłopakiem, prowadzącym zwyczajne, wielkomiejskie życie w Moskwie (nota bene, Moskwa zawsze, i chyba nie bez powodu, zważywszy na historię, kojarzyła mi się z pewnym zacofaniem w stosunku do innych stolic Europy, zatem miło było czytać o tych wszystkich nowoczesnych centrach handlowych, gadżetach, udogodnieniach, typowych dla dynamicznie rozwijającego się miasta). Kirył pracuje w firmie komputerowej, mieszka w małej kawalerce, podarowanej mu przez rodziców, miewa mniej lub bardziej przelotne romanse, i właściwie nic mu do szczęścia nie brakuje. Pewnego dnia jednak jego uporządkowane życie rozpada się jak domek z kart. Kirył wraca do domu po pracy i ze zdumieniem odkrywa, że jego mieszkanie zawłaszczyła młoda, niezbyt atrakcyjna kobieta. Z dowodu osobistego wynika, że jest tam zameldowana, wszystko w kawalerce wygląda inaczej, pomimo że wydaje się nierealnym zmienić wygląd domu przez jeden dzień! Nawet własny pies nie poznaje pana. Mało tego, stopniowo o Kiryle zapominają wszyscy bliscy, nie tylko znajomi i współpracownicy, ale nawet rodzice! Młody człowiek jest w rozpaczy, może liczyć jedynie na przyjaciela Kotię, który postanawia wydrukować na kartce historię znajomości z Kiryłem, aby go (o, ironio!) nie zapomnieć. Po kilku dniach gorączkowego miotania się po mieście w rozpaczliwej próbie odnalezienia choćny najmniejszego dowodu własnej tożsamości, Kirył dostaje tajemniczy telefon, a enigmatyczny rozmówca kieruje chłopaka do opuszczonej wieży niedaleko stacji kolejowej. To, co Kirył tam odkryje, przejdzie jego najśmielsze oczekiwania...

  Nie będę zdradzać nic więcej, żeby nie psuć miłego dreszczyku zaskoczenia. Dodam jedynie, że książka pisana jest świetnym stylem, lekkim, niewymuszonym, okraszonym dużą dawką humoru, ironii, a nawet dystansu do gatunku fantasyki, historii Rosji, pisarzy w ogóle. Momentami Kirył przypominał mi z charakteru bohatera Pana Lodowego Ogrodu, Vuko Drakkainena, który, podobnie jak on, potrafił przekuć sytuację bez wyjścia w emocjonującą przygodę. Lukjanienko bawi się różnymi konwencjami, mamy tu odniesienia do teorii światów równoległych, analizy różnych ustrojów państwowych, międzynarodowe spiski, a wszystko to przedstawione w luźny, bezpretensjonalny sposób, bez wielkich słów, za to z wielką swadą i pomysłem. Książkę czyta się bardzo szybko, jest niesamowicie wciągająca, z każdą kartką odkrywamy nowe możliwe rozwinięcia sytuacji bohatera, zakończenie jest nie mniej zaskakujące, niż cała historia. Już się nie mogę doczekać drugiej części, zatytułowanej "Czystopis". O tytule nie napiszę, bo zdradziłabym za dużo z fabuły, mogę tylko dodać, że wpasowuje się świetnie w koncepcję powieści.


okładka ze strony Empik

piątek, 9 grudnia 2011

Chemia śmierci - Simon Beckett

Ciało ludzkie zaczyna się rozkładać cztery minuty po śmierci. Coś, co było kiedyś siedliskiem życia, przechodzi teraz ostatnią metamorfozę. Zaczyna trawić samo siebie. Komórki rozpuszczają się od środka. Tkanki zmieniają się w ciecz, potem w gaz. Już martwe, ciało staje się stołem biesiadnym dla innych organizmów (...)

  Dr David Hunter przyjechał do Manham, aby odciąć się od przeszłości. Po tym, jak jego żona i córka zginęły w wypadku samochodowym, nic go już nie trzymało w Londynie, a wręcz pragnął uciec od tego miasta jak najdalej, byle tylko nie myśleć o związanej z nim tragedii. Dlatego bez wahania odpowiedział na ofertę pracy sparaliżowanego doktora Henry'ego i z jedną walizką rozpoczął nowy rozdział w swoim życiu. Wszystko było pięknie do momentu, aż w sennym, spokojnym i bezpiecznym dotąd miasteczku dwoje dzieci odnalazło zwłoki młodej kobiety porzucone na bagnach. David zostanie w tym momencie skonfrontowany nie tylko ze złem w czystej postaci, ale także z własną przeszłością. Okazuje się bowiem, że w Londynie był światowej sławy antropologiem, o czym dowiaduje się lokalny inspektor McKenzie, prosząc Huntera o natychmiastową pomoc w śledztwie. Początkowo niechętny jakimkolwiek powrotom do przeszłości, David stopniowo daje się przekonać i odkrywa wiele ważnych poszlak i szczegółów dotyczących morderstwa. Nie jedynego morderstwa, jak się szybko okazuje. Na mieszkańców Manham pada blady strach, górę biorą nieufność wobec obcych, tłumiona agresja, wzajemne niesnaski. Poklask zaczyna zadobywać antypatyczny pastor Scarsdale, który postrzega morderstwa jako karę boską dla Manham.
  
  W tych niezbyt sprzyjających okolicznościach David poznaje uroczą nauczycielkę z pobliskiego miasteczka, która, podobnie jak on, uciekła do Manham przed bolesną przeszłością. Choć początkowo bronią się oboję rękami i nogami przed rodzącym się uczuciem, będą musieli wkrótce skapitulować. I kiedy David zaczyna wierzyć, że ma szansę zbudować razem z Jenny coś wyjątkowego, sprawy komplikują się jeszcze bardziej...Tytuł książki jest bardzo wymowny, autor nie stroni bowiem od naturalistycznych, wręcz odpychających opisów. Badając zwłoki, David odkrywa przed nami wszystkie ich tajemnice, a szczegóły, na które laik nie zwróciłby uwagi, stają się ważnymi wskazówkami na drodze do ustalenia sposobu i czasu zbrodni. Kolejne morderstwa przeplatają się z różnymi epizodami, których bohaterami są mieszkańcy Manham, poznajemy więc strażnika leśnego Bena, będącego w konflikcie z kłusownikami, braćmi Brennerami, ogrodnika George'a i jego wnuka Toma, nieśmiałego homoseksualistę Nolana, ofiarę małomiasteczkowej mentalności.

  Powieść czyta się dobrze, chociaż powiela ona znane czytelnikom kryminałów i thrillerów wątki - bohater uciekający przed przeszłością, która w ten czy innny sposób wraca i której musi stawić czoła, nowa miłość, którą łatwo można utracić, podejrzenia kierujące się w zupełnie nie tę stronę, co trzeba...któż z nas tego nie zna? Zakończenia jednak nie tak łatwo się domyślić, bo kiedy wydaje nam się, że wszystko jest już jasne, spada na nas jak grom z jasnego nieba zupełnie nieoczekiwany zwrot akcji...Brakowało mi nieco w tej powieści klimatu angielskiej prowincji, tak dobrze wyczuwalnego chociażby w Pod Huncwotem Marthy Grimes, jednak na pewno zabieg naturalistycznych opisów okazał się strzałem w dziesiątkę i spowodował, że książka ma w sobie to coś. Polecam zatem każdemu miłośnikowi thrillerów.


Baza recenzji Syndykatu ZwB

czwartek, 1 grudnia 2011

Pod Huncwotem - Martha Grimes

   Jury nagle wyłączył światło i dał nura za ambonę, gdy piewrszy strzał rozszczepił drewno nad jego głową. Potem doskoczył do jej krawędzi i podźwignął cały swój ciężar w kierunku balkoniku (...) Kolejny strzał padł w kierunku zodobnego guza na sklepieniu nad jego głową, a potem nastąpiła cisza (...)

  Pod Huncwotem to debiut Marthy Grimes, ale nie pierwsze moje spotkanie z tą pisarką. Zachęcona Hotelem Paradise nie mogłam sobie odmówić sięgnięcia po jej pierwszą powieść. Zadziwiające, w jaki sposób Amerykanka potrafi oddać angielski klimat (a przynajmniej w stopniu, w jakim ja sobie go wyobrażam). Najbardziej w powieści urzekły mnie nazwy angielskich pubów i historie związane z tym a nie innym nazewnictwem. Przewijają się więc po kartkach książki takie oto urocze szyldy: tytułowy Pod Huncwotem, dalej Pod Workiem Gwoździ, Pod Jackiem i Młotem i wiele innych. Aż chciałoby się wejść do takiego pubu, usiąść przy barze i zamówic kufel ciemnego angielskiego piwa.

  Akcja książki dzieje się w małym miasteczku Long Piddleton w hrabstwie Northamptonshire. Spokojna dotąd okolica staje się świadkiem krwawych morderstw. Na dachu jednego z pubów zostają odkryte zwłoki mężczyzny, upozowane w groteskowy sposób w miejscu stojącej tam dotychczas figury. W kolejnym pubie służąca odkrywa mężczyznę zanurzonego do połowy w beczce z piwem. Kto jest odpowiedzialny za te straszne zbrodnie? Sytuacja wydaje się tym bardziej tajemnicza, że obaj zamordowani nie pochodzili z Long Piddleton ani nawet z okolic, nieprawdopodbnym więc wydaje się zwykły zbieg okoliczności, a przerażeni mieszkańcy zaczynają obawiać się seryjnego mordercy.

  W miasteczku zjawia się zatem melancholijny, przystojny komisarz Scotland Yardu, Richard Jury, aby przy pomocy intelignetnego i nonszalanckiego Melrose’a Planta, mieszkańca Long Piddleton, spróbować rozwiązać tajemnicę zgonów. Na początek postanawia przesłuchać każdego z mieszkańców, który w feralne wieczory był w pobliżu miejsc zbrodni. Tak oto poznajemy całą gamę ciekawych postaci, od nieznośnej ciotki Melrose’a, lady Agathy, przez sprzedawcę antyków o nieokreślonej orientacji seksualnej, aż po niespełnionego pisarza o marnym talencie i zakochaną w nim byłą aktorkę o szemranej reputacji. Jest to bardzo dobra okazja do przyjrzenia się różnym typom charakterów i postaw. Razem z Jury’m i Melrose’m zbliżamy się krok po kroku do rozwiązania zagadki, które okaże się dosyć zaskakujące. Polecam jednak tę książkę nie tylko ze względu na to, że jest to sprawnie napisany kryminał, ale głównie ze względu na atmosferę angielskiej prowincji, cudnie oddaną przez Marthę Grimes.


Baza recenzji Syndykatu ZwB

środa, 16 listopada 2011

Miasto i miasto - China Miéville

   Wracam po całkiem długiej przerwie, ale za to w wielkim stylu, jeśli chodzi o przedmiot recenzji. Jestem od dziś wielką fanką Chiny Miéville'a, którego inteligencja, erudycja i wspaniała wyobraźnia mogą stać się rzeczywiście niezwykłą inspiracją dla wielkiego grona czytelników, zarówno wielbicieli kryminałów i thrillerów, jak i literatury fantasy. Ja nazwałabym gatunek tej powieści miejską fantastyką, albo thrillerem metafizycznym. Chyba jeszcze nigdy nie czytaliście powieści, która rozgrywałaby się w równie fascynującej i niezwykłej rzeczywistości. A rzeczywistością tą są dwa miasta, a właściwie państwa, Ul Qoma i Besźel.

I właściwie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że miasta te znajdują się geograficznie w tym samym miejscu, jedno na drugim, jedno splecione z drugim, ale mieszkańcy muszą udawać, że nie widzą obywateli drugiego miasta, uczą się od dziecka perfekcyjnego przeoczania. Mało tego, Ulqomanie prezentują nieco inne cechy postawy, gestykulacji, sposobu chodzenia, aby można ich było bez trudu rozróżnić od Besźan. Jedna i ta sama ulica, jeden i ten sam plac mają inne nazwy w Ul Qomie i w Besźel, a kiedy komuś z Besźen stanie niechcący na drodze jakaś przeszkoda z Ul Qomy (chociażby kamień czy szczekający pies), musi ominąć ją, nie dostrzegając! Karetki besźańskie i ulqomańskie jeżdżą na zupełnie odrębnie brzmiących sygnałach, budynki mają zupelnie odrębny styl, a kuchnia inny smak. Ludzie posługują się oczywiście dwoma odrębnymi językami, besźańskim i illitańskim. Mamy więc dwa miasta teoretycznie połączone, bez granic, ale jednocześnie idealnie podzielone, a za przekroczenie, chociażby nieumyślne czy przypadkowe, grożą bardzo surowe kary. Nad wszystkim czuwa tajemnicza organizacja, zwana Przekroczeniówką, której funkcjonariusze mają zdolność pojawiania się znikąd i sprawiania, że nieposzłuszni obywatele znikają bez śladu. Oba miasta leżą gdzieś na skraju południowej Europy, a Besźel pod wieloma względami przypomina Warszawę czy Berlin Wschodni czasów komunizmu.

Wyobraźcie sobie zatem stres komisarza Tyadora Borlù z Besźańskiej Brygady Najpoważniejszych Zbrodni, kiedy odkrywa, że zamordowana na terenie Besźel Mahalia Geary została najprawdopodobniej zabita w Ul Qomie, a potem przewieziona do jego miasta. Tyador ma nadzieję, że w tej sytuacji dochodzenie przejmie Przekroczeniówka, ale sprawy zaczynają się komplikować, gdy okazuje się, że dziewczyna poszukiwała zaginionego miasta Orciny, które według legend kryje się pomiędzy Besźel a Ul Qomą. Do tego dochodzą spiski o zasięgu międzymiastowym, niebezpieczni ludzie z róznych organizacji nacjonalistycznych i unifikacyjnych, wysoko postawieni urzędnicy państwowi oraz profesor, który jako pierwszy głosił, że Orciny naprawdę istnieje. Tyador wraz ze swoją pomocnicą, policjantką Corwi oraz komisarzem Dhattem z Ul Qomy spróbują rozwiązać sprawę morderstwa Mahalii, choćby nawet mieli to przypłacić wyrzuceniem z pracy i kłopotami z Przekroczeniówką...

Książka jest naprawdę godna polecenia, po pierwsze sama atmosfera obu miast, przenikających się wzajemnie, a jednak tak dalekich i nieprzystępnych, absurdalnych w swoich podziałach i biurokratycznych zawirowaniach. Fantastyka na wysokim poziomie, a jednocześnie książka, która czegoś uczy i nie pozostawia obojętnym, dlatego bardzo polecam!

piątek, 21 października 2011

Drabina Dionizosa / La scala di Dionisio - Luca Di Fulvio

Morderca wiedział, co to ból. Ponieważ w bólu się zrodził. On sam był bólem. I nie było udręki, której nie zdołałby pokochać. Ponieważ jego ból był dobry. Ponieważ teraz ból jego nędznego ciała stał się jednocześnie jego triumfem i świętem, środkiem wybranym przez los, by dać mu drugie życie. Życie w chwale.

   Będziecie musieli wybaczyć podekscytowany ton, ale nie dam rady pisać inaczej, kiedy wreszcie trafiłam na kryminał retro (po Boskiej truciźnie Antona Cziża), który podobał mi się od początku do końca, bez absolutnie żadnego wyjątku. Akcja powieści dzieje się na przełomie wieków XIX i XX w dużym, nieokreślonym z nazwy mieście przemysłowym, które, jak możecie się domyślić, bardzo dynamicznie się rozwija, adaptuje takie nowe wynalazki jak tramwaj czy motocykl, a robotnicy pracujący w ogromnej cukrowni zaczynają się buntować w nadziei na poprawę warunków życia. Tak właśnie wyobrażam sobie wielkie miasto początku XX wieku. Miasto kontrastów, tętniące życiem i nowoczesnością, a jednocześnie pełne ciemnych, brudnych zaułków, w które strach się zapuszczać po zapadnięciu zmroku. W takiej właśnie szemranej okolicy poznajemy Miltona Germinala, inspektora policji, człowieka , który próbując się pozbyć zbyt okrutnych wspomnień, sięga po odurzające i dające zapomnienie zastrzyki z opium. Przeniesiony za karę do najpodlejszej dzielnicy miasta, wkrótce będzie musiał stawić czoła złu w czystej postaci, ale także trudnym znajomościom, które mogą okazać się dla niego wybawieniem.

   Niezadowolenie robotników cukrowni oraz pełne pasji wystąpienia młodego socjalisty Ignaszewskiego zbiegają się w czasie z pierwszym morderstwem dokonanym na żonie bogatego udziałowca cukrowni. Morderstwo nosi znamiona rytuału, morderca zostawia pewną wskazówkę, ale inspektor Germinal nie jest jeszcze pewny, dla kogo: dla policji czy w celu uczczenia samego siebie? Wkrótce następują kolejne śmierci, każda straszniejsza od poprzedniej, każda naznaczona strasznym obrzędem. Germinal stosuje nowoczesne metody śledztwa, przez co często popada w konflikt z krótkowzrocznym i upartym szefem, komisarzem Landauem, nie ulega uprzedzeniom i stara się zbadać każdy, nawet najmniejszy ślad. Czy to jednak wystarczy, aby ująć mordercę i pokonać własne koszmary? Musicie koniecznie przeczytać, aby się tego dowiedzieć!

   Oprócz inspektora Germinala w powieści mamy mnóstwo interesujących postaci. Zdeformowany przez chorobę hrabia i jednocześnie doktor Noverre, dyrektor instytutu dla niepełnosprawnych fizycznie i umysłowo, jego dawny wróg, doktor Sciron, właściciel objazdowego cyrku, piękna i doświadczona przez życie Ignes, zwana Królową Mgieł, anielsko przystojny Stigle o poparzonych kwasem dłoniach czy wreszcie członek cyrkowej trupy Scirona, karzeł Tristante. Klimat powieści jest równie niesamowity, co jej bohaterowie. Autor trzyma nas w napięciu, popycha do wniknięcia w chore myśli mordercy, ukazuje krok po kroku (albo raczej szczebel po szczeblu) jego drogę do obłędu. Tytuł również ma ogromne znaczenie, ale nie mogę zdradzić, jakie, tego dowiecie się w trakcie czytania powieści, a ręczę, że naprawdę warto!

   Dovrete perdonarmi il tono concitato ma non riesco a scrivere in modo diverso quando finalmente ho trovato un thriller retrò che mi  è piaciuto dall'inizio alla fine senza alcuna eccezione. La storia si svolge a cavallo dei secoli XIX e XX in una grande città industriale di nome non specificato che come si può immaginare si sviluppa ed evolve molto rapidamente, introducendo ad esempio nuove invenzioni come il tram o la motocicletta, e gli operai che lavorano in una grande fabbrica di zucchero stanno cominciando a ribellarsi con la speranza di migliori condizioni di vita. È così che mi immagino una grande città all'inizio del ventesimo secolo. La città di contrasti, vivace e moderna, eppure piena di vicoli sporchi e bui, in cui fa paura camminare al tramonto. In una di quelle zone sinistre della città ci conosciamo con  Milton Germinal, un ispettore di polizia, un uomo che cerca di liberarsi dei ricordi troppo crudeli facendosi dare le iniezioni di oppio. Trasmesso per punizione nel quartiere più orribile e pericoloso della città, dovrà presto affrontare un male fatto carne ma anche conoscerà delle persone che potranno cambiare sua vita.

    L'insoddisfazione degli operai e i discorsi appassionati del giovane socialista Ignaszewski coincidono con l'omicidio della moglie di un azionista riccho della fabbrica. Assomiglia ad un omicidio rituale, l'assassino lascia un indizio, ma l'ispettore Germinal non è ancora certo, per chi: per la polizia o piuttosto per celebrare se stesso? Poco dopo succedono le altre morti, una più terribile dell'altra, ognuna segnata da un rito terribile. Germinal applica i metodi moderni di indagine, e per questo entra spesso in conflitto con il suo capo testardo, il commissario Landau, cerca di non avere pregiudizi e di non ommettere anche la più piccola traccia. Ma saranno sufficienti le sue azioni per cacciare l'assassino e per superare i propri incubi? Dovete leggere il libro per scoprirlo!

   Oltre all'ispettore Germinal nel romanzo abbiamo un sacco di personaggi interessanti. L'andicapato dottor Noverre, direttore dell'Istituto per i disabili, il suo vecchio nemico Sciron, proprietario di un circo, la bella Ignes, Stigle, un uomo attraente ma con le mani bruciate dall'acido e, infine, un membro della troupe del circo di Sciron , il nano Tristante. Il clima del libro è incredibile proprio come lo sono i suoi protagonisti. L'autore ci tiene in sospeso, spingendoci a penetrare la mente insana dell'omicida, mostra passo dopo passo (o meglio dire gradino dopo gradino) le cause della sua follia. Il titolo è anche di grande importanza, ma non posso dire niente, imparerete tutto durante la lettura del romanzo, e vi garantisco che ne vale davvero la pena!



Baza recenzji Syndykatu ZwB

piątek, 14 października 2011

Wodny labirynt / Il labirinto d'acqua - Eric Frattini

   Przepadam za książkami, w których pojawiają się teorie spiskowe i historyczne zagadki, a bohaterowie łamią sobie głowy, krok po kroku odkrywając prawdę na podstawie starożytnych inskrypcji, strzępków papirusów czy inteligentnych szyfrów. Na pewno wiecie, o jaki klimat mi chodzi. Myślę, że można powiedzieć, iż prekursorem tego typu powieści jest Dan Brown i jego Kod Leonarda Da Vinci, którego (o, ironio!) nie czytałam. Moją ulubioną książką utrzymaną w tym nurcie jest, jak do tej pory, Historyk Elizabeth Kostovej, którą przeczytałam jednym tchem, ze względu na wymagającą nie lada główkowania zagadkę i świetnie zarysowane postaci bohaterów. I tak pozostanie, jeśli chodzi o ulubione z tego gatunku, gdyż Wodny labirynt niestety mnie nie zachwycił. Ale po kolei.
   
 Akcja dzieje się w latach 80-tych XX wieku, a główną bohaterką jest Afdera Brooks, piękna, młoda pani archeolog, a do tego dziedziczka niemałej fortuny (dość wspomnieć, że jej domem jest wenecki pałac Ca d'Oro!) i wnuczka słynnej Cresentii Brooks, wielkiej znawczyni sztuki i posiadaczki niemałych wpływów w środowiskach związanych z handlem antykami. Tuż przed śmiercią Cresentia wyjawia wnuczce pewien sekret- jest oto w posiadaniu unikatowego dzieła sprzed wieków, domniemanej Ewangelii według Judasza, która może rzucić zupełnie nowe światło na historię chrześcijaństwa, a przede wszystkim zrehabilitować znienawidzonego przez wszystkich zdrajcę Chrystusa. I tak zaczynają się przygody Afdery, która wspomagana przez tajemniczego i przystojnego Maxa, swoją siostrę Assal i adwokata rodziny, nienagannego Sampsona Hamiltona, wpada na coraz to nowe tropy, kursując pomiędzy Wenecją, Izraelem, Norwegią i Szwajcarią. Wszystko oczywiście w otoczce bijącego po oczach bogactwa głównej bohaterki, która zatrzymuje się w najdroższych hotelach, jada w najwykwintniejszych restauracjach, a wszyscy niemal całują ziemię, po której stąpa, ze względu na pamięć o jej słynnej babci.

Na pewno bardzo podobała mi się strona historyczna książki, można się sporo dowiedzieć o krucjatach, sposobach wyznaczania kierunków przez Arabów w średniowieczu, zaułkach Wenecji, i wielu innych zagadnieniach. To niewątpliwie spory walor książki. Teoria spiskowa w niej zawarta to jednak dla mnie za dużo. Wolę, kiedy tak śmiałe zagadnienie jest poparte chociaż minimalnym dowodem albo chociażby strzępkiem informacji wydobytej z przeszłości (jak w przypadku Kodeksu 632 Jose Rodriguesa Dos Santosa, o którym pisałam na blogu). Tutaj niestety autor stawia bardzo śmiałą tezę, ale zupełnie niewiarygodną i niestety, chociaż się bardzo stara, taka też pozostaje w oczach czytelnika aż do końca książki. Tak więc zagadka nie zachwyciła mnie zupełnie, denerwował mnie też nieco styl Frattiniego. Przytacza on mianowicie każdą rozmowę telefoniczną, jaka odbywa się między bohaterami, łącznie z Dzień dobry, czy mogę rozmawiać z... i Tak, już łączę. W końcu naprawdę ma się dość tych skrupulatnie opisanych dialogów i wszystko aż krzyczy: Przejdźcie wreszcie do sedna! 

   W powieści pojawiają się rownież wątki papieża Jana Pawła II, autor snuje (dość nieudolnie i mało wiarygodnie) swoje własne wyjaśnienia zamachu z 1981 roku. Pewnie część postaci kurii watykańskiej rownież jest prawdziwa, ale tego nie sprawdzałam (i wolałabym nie wiedzieć, jeśli takie osoby rzeczywiście mogłyby piastować wysokie stanowiska kościelne). Na koniec autor serwuje nam pewną niespodziankę, chociaż co wprawniejszy czytelnik pewnie domyśli się wcześniej, cóż to może być. Mordercy tropiący Afderę, a będący członkami tajnego stowarzyszenia watykańskiego, raczej nie wzbudzili moich wielkich emocji. Mord goni mord, ale wszystko jakieś takie mało porywające, bez polotu. Dlatego też polecam jedynie najbardziej zagorzałym fanom teorii spiskowych, inni mogą sobie darować.

   Ero sempre appassionata dei libri, in cui ci sono teorie del complotto, misteri storici, ed i cui protaginisti si rompono la testa, scoprendo la verità passo dopo passo basandosi sulle antiche iscrizioni, frammenti di papiro o indovinelli complicati. Penso che si possa dire che questo tipo di romanzo è stato inaugurato da Dan Brown con il suo "Codice Da Vinci", che io misteriosamente non ho letto ancora. Il mio libro preferito di questo genere è, "Il discepolo" di Elizabeth Kostova che ho letto d'un fiato, a causa del indovinello molto complesso che esigeva tanto dai protagonisti che del resto erano anche molto ben delineati. E sembra che "Il discepolo" manterrà la sua posizione perché "Il labirinto d'acqua", purtroppo non mi ha colpito. Ma cominciamo da capo.
 

L'azione si svolge negli anni '80 del ventesimo secolo, e il personaggio principale è Afdera Brooks, un'archeologa bella e giovane, erede della fortuna considerevole (basti pensare che la sua casa è la Ca 'd'Oro di Venezia!) e nipote della famosa Cresentia Brooks, una grande conoscitrice d'arte. Poco prima della sua morte Cresentia ha rivelato alla nipote un segreto: tempo fa era entrata in possesso di un'opera unica di secoli fa, il Vangelo presunto di Giuda, che potrebbe gettare una nuova luce sulla storia del cristianesimo, e soprattutto riabilitare il traditore di Cristo odiato da tutti da secoli. E così inizia l'avventura di Afdera, assistita da Max, un uomo misterioso e bello, la sorella Assal e l'avvocato della famiglia Sampson Hamilton, incontra sempre più nuove tracce, viaggia tra Venezia, Israele, Norvegia e Svizzera. La ricchezza della protagonista dà molto agli occhi, Afdera si ferma sempre negli alberghi più costosi, mangia nei ristoranti migliori, e tutti quasi baciano la terra sulla quale pone il piede, grazie alla memoria della sua famosa nonna. 

Apprezzo il libro per il contenuto storico, si può imparare molto sulle crociate, su come vedevano l'astronomia gli arabi nel medioevo, sui vicoli di Venezia, e su molte altre questioni. Questo è senza dubbio apprezzabile. La stessa teoria del complotto è troppo per me. Io preferisco, quando una simile audace teoria sia supportata da una  prova minima o addirittura da un frammento d'informazione estratto dal passato (come nel caso del "Codice 632" di José Rodrigues Dos Santos, di cui ho scritto sul blog). Qui, purtroppo, l'autore inventa una tesi audace, ma abbastanza incredibile e non è in grado di farmici credere. Così "il puzzle" non mi è piaciuto affatto, ero anche abbastanza stanca dello stile di Frattini. Per esempio l'autore cita con ogni particolare i discorsi telefonici dei protagonisti, non escludendo nemmeno un semplice "Ciao, posso parlare con..," o "Sì, glielo passo subito". Alla fine mi davano molto fastidio quelle descrizioni minuziose dei dialoghi fino a spingermi quasi a gridare: "Basta, smettila con queste frasi inutili!"
 

Nel romanzo appare anche il personaggio del papa Giovanni Paolo II, l'autore ci propone una sua spiegazione della causa dell'attentato avvenuto nel 1981. Probabilmente qualche persona della curia vaticana è anche un personaggio esistente, ma questo non l'ho verificato (e a dire il vero preferirei di non farlo se la gente di questo tipo potesse realmente far parte della gierarchia cattolica). Alla fine del libro l'autore ci offre una sorpresa, ma un lettore abbastanza furbo potrà indovinare che cosa sarà. Gli assassini che inseguono Afdera e che sono membri di una società segreta contrallata dal Vaticano non suscitano neanche una grande eccitazione. Gli omicidi si susseguono ma non fanno per niente paura. Quindi raccomando il romanzo solo ai fan più fedeli delle teorie del complotto, gli altri ne potranno rimanere delusi.


Baza recenzji Syndykatu ZwB